Jest taki bardzo stary angielski wierszyk o Mateczce Hubbard, która ganiała cały czas za sprawunkami po mieście, żeby tylko dogodzić swojemu psu. Za każdym razem, kiedy wracała do domu, okazywało się, że pies wyprawiał najdziwniejsze brewerie - a to stawał na głowie, a to grał na flecie, a to karmił kota, a to ujeżdżał kozę, a to czytał gazetę, itd. Całość można przeczytać sobie
tutaj.
Na dzisiejszych zajęciach z ilustracji zarządziłem pracę klasową, czyli mówiąc zwyczajnie - classwork. Każdy student dostał jedną zwrotkę "Old Mother Hubbard" i miał ładnie, szybko, a vista naszkicować tuszem czarno-białą ilustrację. Chodziło o zmuszenie nieboraków, żeby choć trochę porysowali, bo zauważyłem, że podejrzanie chętnie realizują moje zadania za pomocą kombinacji Illustratora i Photoshopa, przy całkowitym pominięciu fazy szkiców. W rezultacie, całkiem nieźle radzą sobie z programami do grafiki, natomiast ich umiejętności rysunkowe są na poziomie bliskim przedszkola (o ile nie gorszym).
Naturalnie plon dzisiejszej klasówki nadawał się w znakomitej większości do kosza (a to była ta lepsza z dwóch grup, z którymi mam do czynienia), ale przynajmniej sam też sobie porysowałem (miałem o dwie zwrotki więcej, niż przyszło studentów).
Przy drugim podejściu (i innej zwrotce) pani Hubbard i jej zbzikowany kundel wyglądali trochę inaczej:
Zastanawiam się tylko, czy takie moje publiczne rysowanie poprawia studenckie morale, (w sensie, że daje dobry przykład) czy może wprost przeciwnie.