Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stambuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stambuł. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2011

İstiklal Caddesi

Półtora tygodnia temu pojechaliśmy z Żoną na jeden dzień do Stambułu; oficjalnym powodem była chęć zobaczenia wystawy Fridy Kahlo i Diego Rivery, a tak naprawdę chodziło o to, żeby się trochę przewietrzyć i przewieźć cztery litery po circa 350 kilometrów w każdą stronę, bo już zaczęliśmy porastać mchem i grzybem w Ankarze. Czy było warto, biorąc pod uwagę, że mieliśmy raptem jakieś pięć godzin między wysięściem a wsięściem do autokaru linii Ulusoy, który wiózł nas sześć i pół godziny tam i kolejne sześć i pół godziny z powrotem, to już kwestia do dyskusji. Zwłaszcza, że wystawa raczej rozczarowująca.
Niemniej, wyrwać się z domu było miło, tym bardziej, że roboty miałem (i nadal mam) zatrzęsienie, a, jak wiadomo, obcyndalanie się sprawia najwięcej przyjemności, kiedy ma się bardzo dużo ważnych spraw na głowie. Tylko ten tłum na Beyoğlu! Hałaśliwy, depczący po butach, poszturchujący, przepychający się! Straszny! 
Co zresztą widać na zdjęciu, przedstawiającym sobotnie marcowe popołudnie na İstiklal Caddesi, najpopularniejszym deptaku Stambułu. Mała ciekawostka - jego nazwa,  przetłumaczona na polski, jest taka sama jak głównej przelotówki w moim rodzinnym Sopocie: Aleja Niepodległości.

wtorek, 19 października 2010

Çay

Kiedy po zajęciach jestem zmęczony i mało przychylnie nastawiony do świata (mniej więcej jak ta pani na zdjęciu powyżej) mało co tak poprawia mi samopoczucie jak stara dobra herbatka. Aczkolwiek, w domu nigdy nie piję tureckiego czaju w takich dziwnych małych szklaneczkach, tylko, jak każdy skundlony Wschodni Europejczyk, zalewam torebkę w uczciwym, pokaźnym kubasie.

Ten post jest cokolwiek pretensjonalny i, rzekłbym, bez sensu, ale to dlatego, że jeszcze nie wypiłem swojej wieczornej herby.
Przynajmniej zdjęcie jakoś się broni.

poniedziałek, 6 września 2010

Bosphorus

Oto kolejna na tym blogu porcja rzewnych i przesłodzonych widoczków z Miasta Konstantyna, pstrykniętych (z wyjątkiem ostatniego zdjęcia) z promu płynącego z Karaköy po stronie europejskiej na Kadıköy leżący już w Azji. Na Kadıköy, w czasach starożytnych zwany Chalcedonem, warto popłynąć nie tylko dla ładnych widoków, ale przede wszystkim, żeby zjeść fenomenalną pieczoną rybę za przystępną cenę.

Widok na Beyoğlu i Wieżę Galata



Wieża Leandra, zwana też Wieżą Panny, w tle Most Bosforski

Dworzec kolejowy Haydarpaşa

czwartek, 3 czerwca 2010

Hüzün

Orhan Pamuk w swojej książce o Stambule wprowadza hüzün jako pojęcie typowe dla tego miasta, kluczowe dla ogarnięcia jego specyfiki, i nierozerwalnie z nim związane. Hüzün znaczy dosłownie "smutek, melancholia", ale według tureckiego noblisty kwestia jest dużo bardziej zawiła; na blisko pięciuset stronach snuje on ("snuje" to nota bene słowo, które akurat dość dobrze oddaje ogół wrażeń towarzyszących tej lekturze) rozważania na temat tego czym właściwie stambulski hüzün jest i czym różni się od pokrewnych pojęć jak tristesse, spleen czy Weltschmerz.
Nie czuję się na siłach, żeby naświetlić w tym miejscu wszystkie subtelne odcienie znaczeń tego słowa, tym bardziej, że zrobił to już Pamuk, do którego wszystkich zainteresowanych (i wytrzymałych) odsyłam. W dużym, bardzo dużym i mocno niezdarnym uogólnieniu, jest to ten nieuchwytny rodzaj smutku, który ogarnia mieszkańca Stambułu patrzącego na sypiące się resztki ruin wspaniałych budowli, na materialną nędzę ciężko pracujących mieszkańców biednych przedmieść, na żałosne pozostałości dawnego imperium, na ogólny rozpad, zgniliznę i powolną, monotonną degrengoladę. Jest to przy tym doznanie raczej kolektywne niż indywidualne - według Pamuka
"smutek Stambułu [...] jest czymś, co ludzie przeżywają wspólnie i wspólnie też afirmują".

Dla turysty, przyjeżdżającego do metropolii nad Bosforem na kilka zaledwie dni, doświadczenie hüzün jest właściwie niewykonalne, o ile nie został on już wcześniej wprowadzony w odpowiednio smętny nastrój - Stambuł jest bowiem miastem tak ludnym, gwarnym, pstrokatym i męczącym, że jednostki mniej skłonne do euforii i mniej zabawowe ogarnąć może w pewnym momencie raczej jakieś pełne zblazowania otępienie, ponure znużenie albo zgoła zniechęcenie, niż metafizyczny smutek.
Tym niemniej, próbowałem wytropić hüzün na ulicach, w brudnych zaułkach i na wodach Bosforu. Bez specjalnego powodzenia.
Może dlatego, że ja po prostu nie kupuję za bardzo tej rozwodnionej prozy Orhana Pamuka. To jednak smęciarz straszny jest.

środa, 2 czerwca 2010

Widokówki znad Bosforu

Blog został przeze mnie ostatnio straszliwie zapuszczony, za co bardzo wszystkich zainteresowanych przepraszam. W ramach mizernego zadośćuczynienia - oto przygarść kiczowatych widoczków ze Stambułu, który ostatnio z Agą odwiedziliśmy. Aga zrobiła więcej zdjęć i w dodatku ciekawszych, ale ona jest ambitna, a ja jakoś tak nie bardzo, w dodatku było bardzo gorąco, a mnie taka pogoda osłabia i jeszcze bardziej niż zwykle rozleniwia. O wiele bardziej interesowało mnie siedzenie w cieniu i przyjmowanie płynów pod postacią rozmaitych napojów chłodzących, niż latanie z wywieszonym jęzorem i cykanie fotek. Wiem, jestem straszny.

Jakiś meczet (jeden z wielu)

Wieża Galata

Hagia Sofia

W drodze na Kadıköy (dawniej Chalcedon)

Jakiś inny meczet

niedziela, 24 maja 2009

niedziela, 26 kwietnia 2009

Przeprawa przez Bosfor





Kiedy przyjeżdża się nocnym pociągiem z Ankary do Stambułu, na miejscu jest się około siódmej rano. Dworzec kolejowy znajduje się po stronie azjatyckiej, więc żeby dostać się do wszystkich atrakcji turystycznych znajdujących się po stronie europejskiej, należy niezwłocznie skierować się na nabrzeże, skąd odpływają promy przewożące podróżnych na drugą stronę Cieśniny Bosforskiej. Pierwsze zetknięcie z Konstantynopolem w taki właśnie sposób, kiedy wyłania się z porannej mgły, rozbrzmiewając odgłosami portu i wrzaskiem mew, jest naprawdę niezapomniane.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Çocuk Bayramı

Dzisiaj w Turcji obchodzony jest Narodowy Dzień Dziecka. Nie wiem, czemu akurat dzisiaj, a nie pierwszego czerwca, ale to i tak nie jedyna różnica obyczajowa między tym pięknym krajem a resztą świata, zatem nie będę dłużej się nad tym rozwodził.
W każdym razie, te stare konie, studenci, też są zaliczani w poczet dzieci, więc dostali od Republiki Tureckiej wolne, a co za tym idzie - nauczyciele (w tym i ja) też. Byłoby to nawet całkiem fajne, gdyby jak na złość nie padał deszcz a mnie nie dopadło przeziębienie, wobec czego zamiast hulać po mieście albo i poza miastem, siedzę w domu pociągając nosem, pełen obrzydzenia do siebie i świata, i próbuję nadrobić zaległości, które i tak mnożą się jak myszy w spichlerzu. Przypomina to puentę starego politycznego dowcipu: "A job twoju mat' s takom prazdnikom".
Na zdjęciu: mały Turek, czyli tzw. Miniaturka, ze Stambułu. Torebka słodyczy + kałasznikow = pełnia szczęścia.

czwartek, 12 marca 2009

sobota, 14 lutego 2009

Kot-zabójca ze Stambułu

Makawity ma kolor imbiru, smukły jest i wysoki;
Poznasz go, gdy ujrzysz, gdy cię przeszyje wzrokiem.
Głowa do góry wzniesiona, namysł na czoło się kładzie,
Płaszcz jego kurzem okryty, wąsy - w niedbałym nieładzie.
Szyje przeginać umie miękkim, wężowym ruchem;
Gdy sądzisz, że śpi głęboko - on czuwa ciałem i duchem.

Któż jest jak Makawity? Któż jest jak Makawity?
To potwór deprawacji, czort w kocim ciele skryty.
Miniesz go na ulicy i przejdziesz tuż obok niego,
Ale na miejscu zbrodni NIE MA MAKAWITEGO!

czwartek, 22 stycznia 2009

Lecimy!


Bosfor z lotu ptaka

wtorek, 20 stycznia 2009

Papuga, która powiedziała "miau"

Kiedy ostatnim razem byliśmy z Żoną w Stambule, zatrzymaliśmy się w Hotelu Büyük Londra, który jest w pewnym sensie odpowiednikiem Grand Hotelu w Sopocie - nie tyle może ze względu na rozmiar, ale na tradycję i poczet znakomitych gości, którzy się w nim zatrzymywali. Oprócz bohaterów "Morderstwa w Orient-Expresie", nocował tam też podobno Papa Hemingway.
W każdym razie, drugiego dnia pobytu siedziałem w hotelowym lobby czekając na znajomych, z którymi byliśmy umówieni, popijałem herbatkę i przeglądałem jakiś magazyn leżący na stoliku; magazyn był po turecku, więc nie rozumiałem ani słowa, ale było w nim dużo ładnych zdjęć, więc przynajmniej było na czym oko zawiesić. W pewnym momencie usłyszałem dobiegające zza pobliskiej zasłony miauczenie, co w tureckich hotelach nie jest niczym specjalnym, bo Turcy to znani kociarze i te ich sierściuchy pałętają się dosłownie wszędzie. Jednakowoż miauczenie nagle przeszło w gwizdanie, jakim zazwyczaj okazuje się aprobatę dla przyjemnej powierzchowności płci przeciwnej, a potem rozległo się wyraźne, choć nieco ochrypłe "Hallo". Zajrzałem za kotarę i na parapecie zobaczyłem tego oto jegomościa:
 
Przypomniało mi się opowiadanie Raya Bradburego The Parrot Who Met Papa, o papudze, która wysłuchiwała długich, pijackich monologów Hemingwaya w czasach jego pobytu na Kubie i naturalnie co do słowa je zapamiętała. Biorąc pod uwagę długowieczność tych ptaszysk, ta papuga ze Stambułu też mogła poznać Papę, ale jeśli nawet, to nie dała po sobie nic poznać. Nie powiedziała niestety niczego w rodzaju: "He was an old man who fished alone in a skiff in the Gulf Stream and he had gone eighty-four days now without taking a fish", tylko miauczała i pogwizdywała obscenicznie. Durny ptak.